Camino de Santiago

Rozpocznij wędrówkę

Foot

Pielgrzymka


Dawno temu, gdy byłem w gimnazjum, natknąłem się w telewizji na film dokumentalny o Camino de Santiago. Zafascynowany drogą, w którą pielgrzymi udają się od ponad tysiąca lat oraz ujęty historią Świętego Jakuba Apostoła właśnie wtedy postanowiłem, że chciałbym w przyszłości odbyć pielgrzymkę do Santiago de Compostela, jednego z najważniejszych miejsc dla chrześcijan tuż obok Rzymu i Ziemi Świętej.

W północno-zachodniej części Hiszpanii leży region zwany Galicją. Otoczony jest z dwóch stron wodami Oceanu Atlantyckiego. Historia Drogi Świętego Jakuba sięga IX wieku po Chrystusie kiedy to został w owym regionie odkryty starożytny grobowiec, który zidentyfikowano jako grób apostoła i męczennika – Świętego Jakuba zwanego Wielkim lub Starszym.

A wszystko zaczęło się dużo wcześniej...

Święty Jakub Wielki był pierwszym biskupem Jerozolimy i bratem Świętego Jana Ewangelisty (Jezus nazwał ich "Boanerges" - "Synowie Gromu"). Tradycja Kościoła mówi, że po podziale świata przez Apostołów na strefy misyjne, Jakubowi przypadł dzisiejszy Półwysep Iberyjski gdzie miał spędzić kilka lat głosząc Ewangelię w Hiszpanii. Gdy wrócił do Jerozolimy, na skutek rozkazu Heroda umarł śmiercią męczeńską poprzez ścięcie.

Zgodnie ze średniowieczną legendą, uczniowie Jakuba mieli przenieść jego ciało na wybrzeże i umieścić je w kamiennej łodzi. Aniołowie i wiatr ponieśli łódź z ciałem Świętego ponad Słupami Herkulesa w Cieśninie Gibraltarskiej do ziemi w pobliżu Przylądka Finisterre na zachodnim wybrzeżu Atlantyku w północnej Hiszpanii (najbardziej na zachód wysunięty punkt kontynentalnej Hiszpanii, ostatni punkt Szlaku Świętego Jakuba).
Lokalna królowa Lupa dostarczyła zaprzęg wołów, który został użyty do ciągnięcia ciała z miasta Padron (tutaj miał przycumować statek wiozący ciało Jakuba) do miejsca, gdzie zlokalizowany był marmurowy grobowiec. Święty został pogrzebany przez dwójkę swoich uczniów – Antanasius i Theodore – na wzgórzu Libredón, a lokalizacja miejsca jego pochówku została zapomniana na ponad 800 lat.

Na początku IX wieku, eremita Pelayo wiedziony wizją cudownego deszczu gwiazd spadających na pole ("Campus Stellae" - "pole gwiazd"), podzielił się nią z lokalnym biskupem. Ten po zbadaniu sprawy odkrył kamienny grobowiec zawierający szczątki męczennika. Na miejscu odnalezionego grobu wybudowano kościół, natomiast nazwa Compostela (Campus Stellae) miała przypominać cudowne wydarzenie związane z tym miejscem. Obecna nazwa tej miejscowości to Santiago de Compostela – co znaczy po polsku Święty Jakub (Sant Jago de Compostela).
W niedługim czasie Santiago de Compostela dzięki licznym pielgrzymom stało się miastem równym Rzymowi i Jerozolimie. Pielgrzymki wyruszały do grobu apostoła z całej Europy. Największy rozkwit przeżywały w XII wieku i chociaż od tamtych czasów liczba pielgrzymów ulegała znaczącym wahaniom, to szlak nigdy nie został całkowicie zapomniany. Aktualnie Droga Świętego Jakuba przeżywa ponowny rozkwit.

Wracając do teraźniejszości... Od momentu kiedy dowiedziałem się o Drodze Świętego Jakuba minęło 10 lat. W tym okresie czasem brakowało środków finansowych, innym razem odpowiedniej ilości wolnego czasu, jednak w końcu po tylu latach udało mi się zrealizować swoje marzenie. Udałem się na pielgrzymkę do Santiago de Compostela.

Dzień 1

Warszawa -> Bruksela

Dzień rozpocząłem wcześnie rano, już o godzinie 5:15 byłem na nogach. Szybki prysznic, ubiór i udałem się w drogę do pracy. Tego dnia ciężko było mi skupić się na moich obowiązkach, których na szczęście nie było dużo bo to co miałem zrobić, wykonałem w poprzednich dniach. Świadomość, że właśnie rozpoczynam realizację swojego marzenia wywoływała we mnie niemałe podekscytowanie. O godzinie 15:00 spkojnie choć z dziwnym i nieznanym dotąd uczuciem wyszedłem z biura.

Po dojechaniu do mieszkania miałem godzinę żeby trochę w nim posprzątać, umyć się i przebrać a następnie udać się pod Pałac Kultury i Nauki skąd odjeżdzał autobus na lotnisko w Modlinie. Udałem się tam z moim bratem, dzięki czemu było mi raźniej. Po nadaniu bagażu i przejściu odprawy oczekiwałem już spokojnie na wylot. Podczas podróży udało mi się zdrzemnąć na jakieś 50 minut, ale w samolocie nie było zbyt wygodnie a dookoła cały czas dobiegały mnie rozmowy innych ludzi więc mimo krótkiej drzemki nie przybyło mi energii. Tuż przed lądowaniem na lotnisku miałem okazję zobaczyć jak pięknie wygląda oświetlona nocą Bruksela.


Gdy na lotnisku odebrałem swój bagaż, zanim przeszedłem na halę odlotów zwróciłem uwagę ochroniarza (zapewne plecakiem owiniętym w czarną folię). Pytał co tam jest, skąd jestem i dokąd lecę. Po wytłumaczeniu mu dokładnie wszystkiego mogłem udać się dalej. W końcu znalazłem miejsce na podłodze i próbowałem trochę odpocząć mając przed sobą perspektywę czekania ponad 5 godzin do kolejnej odprawy bowiem mój samolot do Saragossy miał odlecieć o 7:00 rano.

Dzień 2

Bruksela -> Saragossa -> Logroño

Noc na lotnisku nie była łatwa. Było spokojnie, ale nie mogłem zasnąć. Większość podróżujących siedziała albo leżała na krzesełkach czy podłodze. Kilka osób co raz przeszło w jedną czy drugą stronę. Najpierw zaniepokoiłem się bo mojego lotu do Saragossy nie było na rozkładzie. Trochę pochodziłem i udało mi się dowiedzieć od jednego z ochroniarzy, że po godzinie 3:00 lot powinien się już pojawić na ekranie. Do godziny 5:00 siedziałem na krześle i może na 30-40 minut udało mi się zasnąć. Na szczęście lot pojawił się na tablicy odlotów więc mój spokój powrócił. Przeszedłem odprawę, kontrolę bezpieczeństwa i mogłem spokojnie czekać na odlot. Byłem już trochę głodny, ale stwierdziłem, że zjem coś gdy wyląduję w Saragossie.

Zmęczenie wzięło górę. Nawet nie wiem kiedy wystartowaliśmy bo obudziłem się po godzinie lotu mając za oknem piękne białe chmury, które powoli odsłaniały górzystą Hiszpanię. Słońce świeciło przyjaźnie i cieplutko, a jego promienie wpadały przez okno samolotu. Radość! Widziałem przez okno piękną i zieloną Hiszpanię. Moje marzenie się spełniało!

Po przylocie na lotnisko pojechałem busem na dworzec. Po pół godziny byłem na miejscu. Sprawdziłem skąd odjeżdża mój pociąg, pojechałem busem do centrum kupić kartę do internetu i trochę pozwiedzać po czym wróciłem aby oczekiwać na swój pociąg. Podróż trwała 2 godziny, ale minęła bardzo sprawnie. Podziwiałem widoki za oknem gdy na pół godziny przed przyjazdem... zasnąłem. Obudzili mnie dopiero inni pasażerowie.

Logroño wydało mi się ładnym, zadbanym miastem. Było jeszcze przed 17:00 więc na ulicach nie było zbyt wielu osób. Po około 20 minutach dotarłem do alberge gdzie zdobyłem swoją pierwszą pieczątkę na trasie pielgrzymki. Udałem się na wskazane łóżko. Wytypowano mi górne piętro, podczas gdy dół zajęła starsza Francuzka mieszkająca w USA z którą miałem okazję chwilę porozmawiać. Powoli zabrałem się do mycia, prania i ogarniania swoich rzeczy. Ponieważ byłem zmęczony podróżą zdecydowałem, że pójdę wcześniej spać chcąc wstać z samego rana i ruszyć w drogę.

Dzień 3

Logroño -> Santo Domingo de La Calzada (55km)

Dzisiejszy dzień był piękny. Wstałem wcześnie rano, szedłem jeszcze ciemnymi ulicami Logroño, a następnie podziwiałem piękne widoki o wschodzie słońca. Przez około 30-40 km mijałem po lewej i prawej stronie plantacje winogron. Nie dało się przejść obok nich obojętnie. Spróbowałem odrobinę i był to najsłodszy winogron jaki kiedykolwiek jadłem. Nie dziwię się więc, że Hiszpanie mają go tak dużo bo na takiej suchej ziemi jaka akurat w tamtym regionie występuje nic innego nie urośnie. Szedłem jak burza, w ogóle nie czułem zmęczenia i już o 13:00 byłem w miejscowości Nájera, a więc miejscu, w którym miałem zamiar się tego dnia zatrzymać. Postanowiłem jednak nie siedzieć tam tyle godzin skoro tak szybko udało mi się przejść ten etap i udałem się dalej. Przeszedłem kolejny odcinek o długości prawie 21 km co dało łącznie 55 km. Myślałem, że idę przez pustynię. Było sucho, ani żywego ducha oprócz mnie. Ostatecznie minęło mnie jedynie dwóch rowerzystów. Chyba wszyscy ci, którzy chcieli tego dnia przejść ten etap rozpoczęli go rano. Szedłem więc sam. Gdybym wiedział to chyba trochę bardziej oszczędzałbym kolano bo niestety w przedostatniej miejscowości tak mnie rozbolało, że ostatnie kilometry musiałem wręcz człapać...

Do Santo Domingo de La Calzada dotarłem około 19:10 i od razu usłyszałem odgłosy rozgrywanego meczu. Nie myliłem się. Wszedłem na stadion i po kilku próbach konwersacji udało mi się ustalić, że trwała przerwa, a miejscowi przegrywali po pierwszej połowie 0:1. Poczekałem trochę do rozpoczęcia drugiej części spotkania i po kilkunastu minutach poszedłem szukać noclegu. W alberge prowadzonej przez cystersów nie było już miejsca, ale znalazłem je gdzie indziej. Tak jak poprzedniego dnia kosztowało mnie to 7 euro, ale standard był naprawdę wysoki. Zrobiłem pranie, wziąłem prysznic i miałem trochę czasu na odpoczynek przy wspólnym oglądaniu meczu Hiszpania - Włochy.

Dzień 4

Santo Domingo de La Calzada -> Belorado (22,4km)

Dzień rozpocząłem trochę później gdyż na szlak wyruszyłem dopiero o godzinie 8:00. Choć inni pielgrzymi wychodzili już dwie godziny wcześniej, ja chciałem jednak trochę odpocząć. Tuż po wyjściu udałem się do miejscowej katedry z nadzieją, że zobaczę w niej żywego koguta, który się w niej znajduje co związane jest z miejscową legendą:

"W XVI wieku w jednej z karczm w Santo Domingo de la Calzada zatrzymał się wraz z rodziną pewien niemiecki młodzieniec o imieniu Hugonell. Zakochała się w nim pracująca u karczmarza miejscowa dziewczyna. Hugonell bezustannie odrzucał jej zaloty, aż wreszcie niewiasta zapragnęła zemścić się. Wrzuciła do jego torby srebrny kielich należący do właściciela gospody i oskarżyła młodego pielgrzyma o jego kradzież.

Wkrótce Hugonell został ujęty, osądzony i powieszony. Rodzice wyruszyli w dalszą drogę do grobu św. Jakuba by złożyć tam swoje modlitwy. Wracając z powrotem do domu tą samą trasą zatrzymali się ponownie w Santo Domingo de la Calzada. Ku ich zdumieniu okazało się, że ich syn wiszący na szubienicy wciąż żyje. Cud ten przypisany został wstawiennictwu św. Jakuba. Rodzice Hugonella zjawili się u sędziego, który akurat spożywał swój obiad: pieczoną kurę i koguta. Kiedy powiedzieli mu o cudzie, ten ironicznie odpowiedział, że jeśli to prawda to drób który ma na talerzu zaraz podniesie się i zacznie śpiewać. Tak też się stało, a na pamiatkę tego zdarzenia w katedrze wmurowano ozdobną klatkę, w której trzymana jest żywa kura i kogut."

Niestety katedra rano była zamknięta i nie pozostało mi nic innego jak pójść dalej. Pierwszy fragment drogi pokonałem w towarzystwie Niemki o imieniu Andrea. Trochę wolniejszym tempem doszliśmy razem do miejscowości Grañón. Resztę dnia szedłem już sam.


Tuż przed miejscowością Belorado spotkałem bardzo sympatyczną parę ze Szwajcarii: Veronique i Michaela. Tak świetnie nam się rozmawiało, że po kilku kilometrach powitało nas Belorado. Rozdzieliliśmy się, oni poszli do alberge tuż przed miastem, a ja poszedłem dalej do katedry. Niestety choć na rozpisce widniała msza o godzinie 19:00, a po niej błogosławieństwo pielgrzymów to dowiedziałem się, że mszy już tego dnia nie będzie bo była o godzinie 13:00 ze względu na jakieś święto... Byłem już zmęczony i miałbym kłopot dojść do kolejnej miejscowości, a i tak nie miałbym pewności czy będzie tam odprawiana msza święta więc postanowiłem zostać w parafialnej alberdze.

Było w niej wszystko czego potrzebowałem. Wziąłem więc prysznic, wyprałem swoje rzeczy i opatrzyłem rany na stopach. Zadbałem także o kondycję moich kolan. Alberga prowadzona jest przez bardzo miłe małżeństwo Szwajcarów: Martę i Andreę. Marta poinformowała mnie, że rano w kuchni będzie leżało na stole śniadanie, a do mojej dyspozycji będzie także kawa i herbata.

Wieczorem poszedłem pomodlić się do kościoła. Gdy wszedłem to od razu zobaczyłem księdza, który ubrany w albę zaczynał pociągać za sznur od dzwonu, aby dzwonić na mszę! Ucieszyłem się jak nigdy! Już dawno nie byłem tak szczęśliwy z powodu tego, że będę mógł uczestniczyć we mszy świętej! Porozmawialem chwilę z księdzem i zgodził się żebym służył do mszy, dzięki czemu we mszy uczestniczyłem jako ministrant. Po liturgii odbyło się pięknie przygotowane błogosławieństwo pielgrzymów. Każdy z nas czytał tekst modlitwy w swoim własnym języku, a następnie ksiądz nas pobłogosławił. Śpiewaliśmy też hymn pielgrzymów - pieśń Ultreia oraz pieśni religijne z naszych krajów. Ja zaśpiewałem Apel Jasnogórski. Okazało się, że ojciec Manuel zna kilka naszych piosenek bo zaśpiewał ze mną sto lat :)

Dzień 5

Belorado -> San Juan de Ortega (24,2km)

W nocy niezbyt dobrze spałem ze względu na chrapanie jednego z pielgrzymów. W rezultacie ciężko mi było wstać rano i na szlak, zaraz po zjedzeniu małego śniadania, wyruszyłem o godzinie 8:00. Szło mi się dobrze, znowu spotkałem Veronique i Michaela, miałem też czas ma modlitwę różańcową.

Gorzej zrobiło się później bowiem przyszedł etap wchodzenia po kamienistych ścieżkach pod górę na wysokość 1000 m n.p.m i to w samo południe. Gdy dotarłem do przedostatniej miejscowości tego dnia miałem uzupełnić zapas wody ponieważ przez ostatnie 12 km miało nie być żadnej możliwości do zdobycia wody do picia. Poinformowano mnie jednak, że woda będzie za 2 km, więc poszedłem dalej. Niestety wody nie było.

Dobrze, że słońce schowało się za chmurami i nie było jakoś bardzo gorąco. Przeszedłem kilka kilometrów i nagle zobaczyłem znak mówiący, że za 700 metrów czeka na mnie oaza pielgrzymów. Szybkim krokiem, pełen nowych sił udałem się przed siebie.

Przywitał mnie widok kilku pielgrzymów odpoczywających po wędrówce oraz miła Hiszpanka Elena, która oferowała dla nas jedzenie i picie, wszystko za donativo. Wrzuciłem drobną opłatę w podzięce za wodę i na kilkanaście minut położyłem się na hamaku.
Gdy odpocząłem to pełen energii, mając litr wody w plecaku poszedłem dalej. Do mojego celu wędrówki - San Juan de Ortega - pozostało 5 km. Po dotarciu od razu zobaczyłem kościół, który przylegał do starego klasztoru w którym to właśnie zostałem na noc. Po umyciu się i zrobieniu prania udałem się na mszę świętą dla pielgrzymów o godzinie 18:00.

Dzień 6

San Juan de Ortega -> Burgos (26,1km)

Wstałem wcześnie rano choć nie tak wcześnie jak planowałem. O godzinie 7:00 z latarką na głowie - bo na dworze było jeszcze ciemno - wyruszyłem na kolejny etap pielgrzymki. Z rana szło się bardzo dobrze, rześkie powietrze prowadziło naprzód. O świcie dotarłem do miejscowości Atapuerca. Jest to miasto, w którym odnaleziono najstarsze w Europie szczątki przodków człowieka. Po wyjściu z miejscowości zaczęło robić się mniej przyjemnie bowiem droga zaczęła prowadzić pod górę, po kamienistym terenie. Po przejściu może 2-3 km nie więcej, spotkałem znajomych Szwajcarów.

Szło mi się z nimi bardzo dobrze i od momentu tego spotkania do końca dnia szliśmy razem rozmawiając po drodze na różne tematy. Ucieszył mnie fakt wspólnej wędrówki bo Veronique i Michael to sympatyczni ludzie, a dzięki rozmowie z nimi mogłem podszkolić swój angielski oraz nauczyć się kilku zwrotów po francusku.. Szliśmy więc we trójkę, od czasu do czasu zatrzymując się na chwilę.

Tuż przed Burgos Veroniqe zdecydowała, że dalej do miasta pojedzie autobusem podmiejskim, natomiast ja i Michael poszliśmy dalej pieszo ostanie 7 km. Po dotarciu do Burgos dzięki uprzejmości moich nowych znajomych udałem się wspólnie z nimi na nocleg do wynajętego mieszkania tuż obok katedry. Widok z okna był niesamowity! Po umyciu się poszliśmy razem zwiedzić kościół i zdobyć pieczątki do naszych paszportów pielgrzyma. Korzystając z okazji, że Burgos to duże miasto wypłaciłem z bankomatu potrzebne mi pieniądze. To był piękny dzień.

Dzień 7

Burgos -> Hontanas (31,5km)

To był ciężki, ale udany dzień. Rozpocząłem go razem z Veronique i Michael'em w Burgos. Po wyjściu z mieszkania udaliśmy się na śniadanie do jednego z lokali tuż obok katedry. Na początek dnia spróbowałem tortilli, która w niczym nie przypominała tego co jemy w Polsce pod tą nazwą. Pierwszy etap wiódł przez Burgos i jego przedmieścia, tuż obok dróg, po których jeździły samochody więc ani nie był szczególnie urokliwy ani jakoś bardzo przyjemny. Odczuwałem trochę ból ramion więc na jednym z postojów, który zrobiliśmy, poprawiłem regulację plecaka i ciężar znowu opierał się na biodrach dzięki czemu mniej doskwierał ramionom. Szliśmy razem tego dnia przez 20 km po czym Michael i Veroniqe zostali na noc w jednej miejscowości a ja udałem się dalej, kolejne 11 km.

Tutaj zaczęło być ciężko. Sucho, pusto i pod górę. Byłem już w rejonie Mesety - wyżynno-górskiej, pustynnej części Hiszpanii. Gdyby nie wiejący wiatr byłoby mi bardzo ciężko pokonać ten etap. Dodatkową pomocą była pewna Francuzka, którą spotkałem po drodze. Rozmawialiśmy razem ostanie 5 km dzięki czemu udało mi się dojść do celu.

Po dotarciu do urokliwego Hontanas umyłem się, zrobiłem pranie po czym chciałem odpocząć na dworze i zadbać o swoje nogi, na których miałem już trochę odcisków, kolano wymagało posmarowania maścią rozgrzewającą, a na lewej stopie oderwał mi się paznokieć... który jednak na szczęście trzymał się na swoim miejscu. I tu niespodzianka! Gdy byłem na dworze to spotkałem dwie sympatyczne Polki - Anię i Anię, z którymi przegadalem przeszło 3 godziny jak nie więcej. Zakumplowalismy się i postanowiliśmy kolejnego dnia iść razem.

Dzień 8

Hontanas -> Frómista (34,5km)

Długi i męczący dzień. Zrobiliśmy razem z dziewczynami ponad 30 km. Szliśmy dziś dalej przez Mesetę i wchodzilismy na wysokość 1000 m n.p.m. Słońce cały czas mocno świeciło i było gorąco. Dobrze, że wyszliśmy o 5:45 dzięki czemu pierwsze 10 km pokonaliśmy sprawnie jeszcze przed godziną 8 i największym upałem. Kilka miejscowości przez które szliśmy wyglądało na prawie niezamieszkane, w jednej prawie co drugi dom czy plac miał tabliczkę informującą, że jest na sprzedaż.

Ostatnie kilometry szedłem trochę zmęczony, ale droga nie była trudna. Powiedziałbym, że była bardzo urocza. Wiodła wzdłuż rzeki albo raczej kanału po którym można było pływać rowerami wodnymi. Gdy dotarliśmy na miejsce naszego noclegu, po standardowym umyciu się i zrobieniu prania, miałem czas, żeby zadzwonić do swojej narzeczonej i porozmawiać. Pierwszy raz od dawna na spokojnie i dłużej niż chwilę.

Wieczorem poszliśmy razem z dziewczynami do kościoła na mszę. Najpierw nie do tego co trzeba, gdyż źle zostaliśmy poinformowani, lecz trochę przyspieszając kroku ostatecznie zdążyliśmy, wchodząc na końcówkę pieśni na wejście.

Dzień 9

Frómista -> Carrión de los Condes (19,7km)

Dzisiejszy dzień był dniem odpoczynku. Krótki etap i relaks przed kolejnym długim dniem. Wyszliśmy razem z dziewczynami o 7:00 rano. Droga była niezbyt długa, a przyjemna. Wiodła poboczem wzdłuż głównej drogi jednak nie było tam wielkiego ruchu.

O 12:30 dotarliśmy na miejsce. Najpierw udaliśmy się do parafialnego alberge, które niestety przez 3 dni miało być nieczynne. Poszliśmy więc do innego alberge prowadzonego przez siostry. Za 5 euro nocowalismy w naprawdę świetnych warunkach, jednych z lepszych do tej pory. Ze względu na święto 50-lecia peregrynacji obrazu Maryi supermarkety w mieście były pozamykane. Kupiłem więc w jednym z barów kilka owoców na czekającą mnie dalszą wędrówkę.

Luźniejszy dzień i odpoczynek od godziny 14:00 dobrze mi zrobił bo czułem się wypoczęty i gotowy na blisko 40km następnego dnia, w tym 17km rano bez żadnej miejscowości po drodze.

Dzień 10

Carrión de los Condes -> Sahagún (39km)

Słoneczny, ale bardzo wietrzny dzień. Wyszedłem o 5:40 przy temperaturze powietrza 14 stopni. Było więc ciepło. Pierwsze 17 km trzeba było pokonać bez możliwości zatrzymania się w jakiejś miejscowości bowiem żadnej po drodze nie było. Idąc jeszcze w ciemności, zatrzymaliśmy się razem z moimi towarzyszami z Polski na małym śniadaniu po 10 km jedząc to co każdy z nas wziął ze sobą. Dopiero po przyjściu do X zjadłem normalne śniadanie i chyba jedne z najlepszych do tej pory na Camino.


Dalsza część dnia minęła sprawnie bowiem szybko pokonywalismy kolejne kilometry robiąc sobie nawet dłuższe przerwy. Było słonecznie, ale wiał wiatr. Dobrze, że wiał bo dzięki temu upał nie był tak odczuwalny, ale czasami wiatr był jednak zbyt mocny owiewajac usta które od razu robiły się chropowate i gotowe na pękanie.

Do celu naszej dzisiejszej wędrówki dotarliśmy o godzinie 16. Liczyłem na ciepły prysznic i odpoczynek niestety woda była zimna i mało przyjemna aby się odprężyć. Dodatkowo powitała nas obojętna Pani na recepcji albergi miejskiej zrobionej w budynku po dawnym kościele co sprawiło, że raczej mało przyjemnie będę wspomniał nocleg w Sahagun. Po krótkim odpoczynku i wizycie w sklepie u przemiłego Pana, który od lat robi sobie zdjęcia z pielgrzymami - klientami, przygotowałem się do porannego wyjścia i poszedłem spać, bowiem jutrzejszy dzień również miał liczyć podobną odległość, ponad 30km.

Dzień 11

Sahagún -> Mansilla de las Mulas (34km)

W ciągu dnia powiedziałbym, że był on słaby, ale wcale tak nie było. Wyszliśmy z Sahagún wcześnie rano bo o godzinie 6:00 byliśmy już w drodze. Sprawnie przeszliśmy 13 km i zatrzymaliśmy się na śniadanie. W wiosce do której dotarliśmy trwała jeszcze impreza, toteż w miejscowym barze nadal było sporo Hiszpanów, którzy wesoło spędzali czas ;). Wypiłem herbatę i poszliśmy dalej. To był najlepszy fragment dzisiejszego dnia pod względem fizycznym. Kolejne 7km przeszedłem jak błyskawica. Nic mnie nie bolało i szło się znakomicie. Zatrzymaliśmy się w kolejnej miejscowości gdzie zjedliśmy śniadanie i ttutaj kończy się miła historyjka. Po zjedzeniu pysznej tortilli ruszyliśmy w dalszą drogę.

Kolejne 13 km było dla mnie tragiczne. Bardzo bolała mnie kostka, która od dobrych kilku dni dawała o sobie znać, ale dziś przy każdym kroku sprawiała niewyobrażalny ból. Dziewczyny szły z przodu a ja zostałem z tyłu. Korzystając z faktu, że mam chwilę dla siebie mogłem się pomodlić, lecz nie umniejszylo to bólu, który wciąż narastał. Napisałem smsa z próbą o modlitwę bo nie dawałem już rady. Przyszła odpowiedź. Po minucie usłyszałem z boku Buen Camino. Odwróciłem się i zobaczyłem rowerzystów jadących ulicą, którzy mieli doczepione polskie flagi. Zawołałem do nich i chwilę porozmawialismy, skąd są i jak długo już jadą. Siły wróciły natychmiast! Na pożegnanie usłyszałem, że pewnie się już nie zobaczymy...

Po zastrzyku energii dzięki spotkaniu z rodakami szybko dogonilem dziewczyny i został nam kilometr do postoju w kolejnej miejscowości. Weszliśmy do niej, a tam... Polacy jadący wcześniej na rowerach również zrobili sobie postój. To była świetna okazja by raz jeszcze ze sobą porozmawiać i zrobić wspólne zdjęcie. Nie tylko z nimi, ale też z braćmi Słowianami z Trnavy i Bratysławy, ze Słowakami. Po odpoczynku wyruszyliśmy dalej na ostanie 6 km drogi. Szło mi się już lepiej, ale ból powrócił na ostatnie 2 km. W końcu dotarliśmy do albergi, umylem się i mogłem odpocząć. Gdy leżałem w pokoju nagle usłyszałem dochodzącą z zewnątrz muzykę. Okazało się, że to Hiszpanie rozpoczęli świętowanie. Fiesta! Nie dziwię się już, że to tak energetyczny naród skoro potrafią się tak dobrze bawić zarówno dzieci jak i dorośli.

Mógłbym więc uznać, że dzień był udany. Niestety jednak nie udało mi się być na niedzielnej mszy świętej i nie przyjąłem komunii. Po drodze nie było akurat mszy w kościele, a gdy dotarliśmy na miejsce o 16:00 to okazało się, że ostania msza była w tej miejscowości o 12:30.

Dzień 12

Mansilla de las Mulas -> León (18,1km)

To był dziwny dzień. Wstalismy rano o 7:00, wyszliśmy o 7:45 i szło nam się bardzo sprawnie bo już o 12:30 byliśmy w alberdze. Podczas drogi mało się działo, krajobraz głównie miejski, albo przedmieścia albo trasa wzdłuż drogi. Szedłem w stabilizatorze i dzięki temu mniej bolała mnie noga. W alberdze zrobiłem pranie i wziąłem ciepły prysznic, a potem przeszedłem się po mieście trochę pozwiedzać. Wieczorem byłem na mszy świętej o godzinie 19:00 oraz na komplecie i błogosławieństwie o 21:00. Przeszliśmy tego dnia tylko 18 km. Odpoczynek dobrze mi zrobił, ale jakoś mi ten dzień ulecial i mam wrażenie, że mógł być lepszy. Dziwne uczucie. W alberdze spotkaliśmy kolejne dwie Polki Ewelinę i Sylwię. Spalismy u benedyktynek z podziałem na pomieszczenia męskie i żeńskie.

Dzień 13

León -> Hospital de Órbigo (32,6km)

Coraz więcej Polaków na Camino :) Tego dnia poznałem kolejną Polkę: Agnieszkę. Traasa, którą pokonaliśmy nie należała do bardzo interesujących czy urokliwych. Większą część szliśmy albo miastem, przedmieściami, miasteczkami lub wzdłuż ruchliwej drogi. Fizycznie to był dla mnie jeden z lepszych dni na Camino, bez problemu szedłem dobrym tempem i nic mnie nie bolało. Mieliśmy dwie dłuższe przerwy blisko godzinne przez co doszliśmy do Hospital de Órbigo na godzinę 16:00. To co zobaczyliśmy wynagrodzilo braki w pięknie natury. Prześliczne miasteczko z pięknym starym mostem i urocza alberga. W tym mieście odbył się kiedyś słynny średniowieczny turniej rycerski. Warto było odwiedzić to miejsce. Po standardowym myciu i praniu oraz nabraniu trochę sił, o godzinie 20:00 udałem się na mszę świętą, po której wieczorem rozważałem dłużej słowo Boże.

Dzień 14

Hospital de Órbigo -> Rabanal del Camino (37,8km)

Długi dzień. Obudzilismy się o 5:00 rano, ale wyszliśmy dopiero o 8:00 jedząc wcześniej śniadanie. W Astordze spędziliśmy godzinę na ponownym jedzonku. Powróciła piękna natura na Camino choć i tak większość dnia szliśmy wzdłuż dróg. Mijaliśmy się z Polkami, widzieliśmy się ze Słowakami. Bardzo gorący dzień od samego rana. W środku dnia upał, ale bardzo dobrze mi się szło. Nogi w ogóle nie bolały jakbym szedł pierwszy dzień. Dopiero po 19:00 doszliśmy do Rabanal del Camino i tam spotkaliśmy... a jakże, kolejną Polkę - Honoratę, która szła pieszo aż z Lourdes swoje drugie Camino, pierwsze 2 lata temu z Burgos. Sama alberga była bardzo przytulna, donativo, śniadanie rano i pokój z fotelami, książkami i kominkiem. Wieczorem o 21:30 kompleta i błogosławieństwo u mnichów. Ogolilem brodę :(

Dzień 15

Rabanal del Camino -> Ponferrada (32,7km)

Połowa drogi już za mną. Ten dzień był bardzo piękny i bardzo ciężki. Od rana wspaniały wschód słońca, mgliste powietrze, wędrówka po Górach Kantabryjskich. Doszliśmy na najwyższy punkt na całym Camino - Cruz de ferro, gdzie według zwyczaju, u stóp wielkiego krzyża każdy pielgrzym zostawia przyniesiony przez siebie z domu kamień - symbol słabości i grzechu, który chce porzucić. Gdy dzień się kończył i szykowałem się do odpoczynku to zdałem sobie sprawę, że tego dnia Kościół obchodził Święto Podwyższenia Krzyża. Idealne miejsce na obchody tego święta.

Jeśli weszliśmy na górę to potem trzeba było z niej zejść. Cudowne widoki, ale ciężkie zejścia. Jedna z dziewczyn doznała kontuzji więc mając szczęście, że byliśmy w takim momencie schodzenia z gór, że co jakiś czas wiła się tam droga złapaliśmy dla Ani stopa. Był to pierwszy stop jakiego łapałem w życiu i paradoksalnie nie skorzystałem z podwózki :)

Od godziny ok. 13:30 szedłem już sam. Było nawet dosyć ciężko, myślę, że dzięki kijkom uniknąłem skręcenia kolana. Po długim dniu dotarłem na miejsce o godzinie 18:00. Do Ani w ciągu dnia przyjechał lekarz, który kazał jej zostać 2-3 dni na miejscu i pod żadnym pozorem nie iśc teraz dalej. Wyszliśmy więc na miasto kupić Ani bilet na pociąg tak, żeby mogła dołączyć do nas za kilka dni. W trakcie miejskiej przechadzki mogliśmy podziwiać zamek templariuszy zachowany w bardzo dobrym stanie.

Dzień 16

Ponferrada -> Villafranca del Bierzo (23,5km)


Etap z Ponferrady do Villafranca był krótki i minął dosyć szybko. Na trasie mogłem podziwiać piękne widoki, mijałem małe miasteczka a potem szedłem po otwartym terenie. Ponownie przechodziłem przez region winnic. Po dotarciu na miejsce noclegu miałem czas na odpoczynek i na pogaduchy z dziewczynami. Niestety w Villafranca nie było czynnych sklepów ze względu na trwającą Fiestę, otwarte były tylko restauracje.

Dzień 17

Villafranca del Bierzo -> O Cebreiro (30,1km)

Najchlodniejszy dzień na całym Camino. Gdy wychodziłem o godzinie 6:00 rano to temperatura na dworze wynosiła 4 stopnie Celsjusza, a w ciągu dnia wzrosła do "aż" 12 stopni. Celem na ten dzień było przejście przez góry do O Cebreiro położonego na wysokości 1300 m n.p.m.

Pod względem fizycznym był to dla mnie bardzo ciężki dzień, mało przyjemnie szło się gdy na dworze było zimno. Widoki piękne i atrakcyjne, ale jednak zimno. Różnica w pokonanym dystansie znacząca: 20 km w ciągu 4 godzin po płaskim terenie w górach oraz także w ciągu 4 godzin, ale już tylko 8 km wchodząc pod górę. Alberga w której spaliśmy była przestronna, ale nie miała ciepłej wody, a w taki dzień to było coś okropnego. Umylem się mimo wszystko w zimnej wodzie, a potem już do końca dnia grzalem się w śpiworze i wypiłem herbatę.

Dzień 18

O Cebreiro -> Sarria (39,4km)

Tego dnia pokonałem blisko 40 km wychodząc o 7:00 i docierając na miejsce o godzinie 19:30. Cały czas było zimno, troszeczkę słońca pokazało się dopiero ok. godziny 17:00-18:00. Rano wchodzenie pod górę to była dla mnie TRAGEDIA, później w górach cały czas raz w górę raz w dół. Galicja przywitała nas chłodem oraz dużą liczbą wypasanego na pobliskich pastwiskach bydła. Przechodząc przez kolejne miejscowości musiałem uważać na prezenty pozostawione na drogach przez krowy. Drogi były zaminowane. Ponownie złożyło się niestety tak, że minęła niedziela, a ja nie mogłem uczestniczyć we mszy świętej. Ostatnia w Sarii była o godzinie 19:00.

Dzień 19

Sarria -> Portomarin (22,1km)

W nocy padał deszcz, w ciągu dnia była mżawka, ale nie było zimno. Wyszliśmy o 8:00 rano. Cały dzień szedłem w koszulce z krótkim rękawem, było ok. 19 stopni, czasem trochę pochmurno i duszno. Przeszliśmy tylko 23 km do Portomarin i na miejscu byliśmy o 15:30. Do naszej ekipy dołączyli poznani wczorajszego wieczora Gigi z Włoch i Javier z Hiszpanii. O godzinie 20:00 byłem na mszy świętej. Pozostałą część dnia odpoczywałem i zwiedzałem ładne miasteczko jakim jest Portomarin.

Ciekawostka od Javiera: Kiedyś Galicja była biedna i ludzie stąd emigrowali do Ameryki Południowej, przez co mieszkańcy np. Argentyny nazywają Hiszpanów Galicjanie.

Dzień 20

Portomarin -> Palas del Rei (24,8km)

Odcinek z Portomarin do Palas del Rei był zdecydowanie inny niż ostatnie dni wędrówki. Przyjemny, ciepły dzień z temperaturą wynoszącą 22 stopnie. Szło mi się sprawnie bo wyszedłem o godzinie 7:00 i na 14:00 dotarłem już na miejsce pokonując tego dnia 24 km. Dziś tak jak i wczoraj idzie obok nas coraz więcej osób. Wkroczyłęm na ostatnią prostą przed Santiago. Jeżeli komuś zależy na otrzymaniu certyfikatu za przejście pielgrzymki musi mieć udokumentowane przejście minimum ostatnich 100 km, które zaczynają się właśnie od Sarii. Także sporo ludzi, ale jednak atmosfera mniej wycieczkowa niż wczoraj.

W trakcie drogi nie było zbyt wiele ładnych widoków bo rano długo utrzymywała się duża mgła, a potem szedłem wzdłuż drogi więc nic ciekawego nie było widać. Już po dotarciu do albergi spotkaliśmy dwóch Polaków: Piotrka i Michała, więc wieczór przegadaliśmy w naszym stale powiększającym się gronie. Chciałem pójść na mszę o 20:00, ale okazało się, że była o 19:00 :(

Dzień 21

Palas del Rei -> Arzúa (28,8km)

Wyszliśmy ok. 7:00, z każdą godziną robiło się coraz cieplej bo o 11:00 było już 16 stopni, a popołudniu 22. Widoki były trochę ładniejsze niż wczoraj. Od dwóch dni moje nogi nie odczuwały zmęczenia z uwagi na krótsze etapy, szły jakby były zupełnie nowe. Miałem dużo sił na robienie kolejnych kilometrów. Wszystkie rany i odciski na stopach przestały boleć. Kontuzje i bóle, które miały się przytrafić to już się przytrafiły. Przyszedłem tego dnia na miejsce trochę szybciej niż dziewczyny. O 15:00 byłem już w alberdze. Popołudniu byliśmy w sklepie, gdzie rzucały się w oczy produkty raczej niedostępne w polskich marketach ;), mieliśmy także czas na odpoczynek, o 19:00 byliśmy na mszy, a potem świętowaliśmy 25 urodziny Ani.

Coś niesamowitego po tylu dniach wędrówki być już tak blisko celu pielgrzymki :) Plan na następny dzień to 31 km, tak by zatrzymać się na noc w polskim alberge 5 km przed Santiago.

Dzień 22

Arzúa -> Monte de Gozo (33,9km)

Standardowo wczesne wyjście, tym razem o 6:30. Rano o godzinie 9:00 dotarliśmy do Salcedos, ledwo zaczęliśmy jeść to zaczęło padać. Na szczęście mogliśmy spokojnie skończyć śniadanie i potem założyć coś od deszczu. Gdy wyszliśmy na zewnątrz to okazało się, że największe opady nas ominęły, bo chwilę po wyjściu przestało padać. Potem już tylko trochę mrzylo. Temperatura tego dnia była w porządku jak na deszczową porę, ok. 14 stopni. Po długim dniu doszliśmy ok. 17:30 do Monte de Gozo, ale polskie alberge było pełne ze względu na dużo grup, które miały tego dnia tam nocleg. Nie było szans, abyśmy mogli tam przenocować tego dnia, więc udaliśmy się do wielkiego miejskiego alberge, które przewidziane jest na 500 osób.

Do końca dnia, którego nie zostało wcale dużo, odpoczywaliśmy, aby wypoczęci ruszyć do Santiago de Compostela.

Dzień 23

Monte de Gozo -> Santiago de Compostela (4,5km)

Wyszliśmy wcześnie rano, punktualnie o 6:57. Chwilę po 8:00 dotarliśmy do Santiago, które o tej porze było jeszcze puste, a pierwsi ludzie dopiero zaczynali pojawiać się na ulicach. Około godziny staliśmy w kolejce po kompostelkę, która zaświadcza odbycie pielgrzymki. Następnie udałem się do alberge zostawić swoje rzeczy i poszedłem z dziewczynami na śniadanie. O 11:20 udaliśmy się do katedry na oficjalną mszę święta dla pielgrzymów, która miała się rozpocząć o godzinie 12:00. Kolejka była długa, ale sprawnie weszliśmy do katedry. Mszy przewodniczył biskup z Kalifornii. Po mszy mieliśmy czas na zdjęcia, zwiedzanie, obiad i chodzenie po sklepach.

To był piękny i słoneczny dzień. Spotkaliśmy się także z innymi Polakami i zjedliśmy wspólną kolacje. Wysłałem kilka kartek pocztowych, pożegnałem się z pozostałymi, na chwilę poszedłem do albergi, a potem szybko do katedry bo liczyłem, że na mszy o 19:30 zobaczę w akcji botafumeiro. Nie zawiodłem się. Widok niesamowity. Zaraz po mszy wróciłem do albergi, umyłem się i poszedłem spać.

Dzień 24

Santiago de Compostela -> Finisterra -> Santiago de Compostela

Wstałem o 7:00 i pół godziny później wyszedłem na dworzec autobusowy pustymi ulicami Santiago. Po 30 minutach byłem na miejscu, kupiłem bilet i czekałem na odjazd. O 9:00 wyjechaliśmy z Santiago i mimo, że podróż wg rozkładu miala trwać 3 godziny to już o 11:15 byłem w Finisterze. Miałem więc ok. 5 godzin na zwiedzanie "końca świata". Prawie godzinę chodziłem po skałach wzdłuż wybrzeża i plaży. Zjadłem śniadanie, udało się w końcu ponownie upolować tortillę. Wbilem ostatnią pieczątkę do mojego credenciala i udałem się w górę, ok. 2,5 km od centrum, aby dojść do słupka z wyjątkową odległością 0 km.

Przed odjazdem miałem jeszcze czas aby coś zjeść i skorzystać z toalety. Pogoda była całkiem przyjemna, trochę słońca, 19 stopni. O godzinie 16:45 ruszyliśmy w drogę do Santiago i już o 18:50 byliśmy na miejscu. Albergi w Santiago były pełne, nawet taka na 199 osób. Na szczęście znalazłem nocleg w alberdze Fin del Camino, która znajduje się ok. 25 minut pieszo od katedry, ale byłem bardzo zadowolony ze standardu i ceny jaką zastałem. Wziąłem prysznic i nastała pora aby przepakowac plecak, zmniejszyć i schować kijki oraz przygotować się na jutrzejszy, ostatni dzień w Santiago.

Dzień 25

Santiago de Compostela -> Mediolan -> Warszawa

Ryanair odwołał ok 2000 lotów. Od 21 września do 22 października po ok. 50 lotów dziennie. Na szczęście nie było wśród nich tych, którymi ja miałem lecieć. Wstałem o godzinie 7:00 i o 7:35 wyszedłem pod katedrę. Ok. 20 minut musiałem poczekać w pustym jeszcze Santiago i o 8:30 oddałem plecak do przechowalni. Od razu udałem się do katedry na mszę o 9:00, ale jak tylko wszedłem to usłyszałem, że w bocznej kaplicy chwilę wcześniej rozpoczęła się msza po polsku. Dołączyłem więc do grupy pielgrzymów, którzy w niej uczestniczyli. W katedrze pomodliłem się jeszcze przy relikwiach św. Jakuba po czym udałem się do sklepu z pamiątkami chcąc przywieźć co nieco do Polski.

O godzinie 12:00 odebrawszy wcześniej plecak wsiadłem do autobusu i skierowałem się na lotnisko. Po przyjeździe miałem godzinę do rozpoczęcia odprawy bagażowej więc miałem trochę czasu wolnego. Sprawdziłem wagę plecaka i okazało się, że wyszczuplał razem ze mną. Odlatujac ważył 12 kg, a teraz 9,1 kg.

Z Santiago wyleciałem z 20 minutowym opóźnieniem ze względu na kontrolę ruchu powietrznego, ale dolecialem punktualnie. Powitało mnie duże lotnisko Mediolan-Bergamo i tłum osób na nich. Od razu udałem się na odprawę bagażową i kontrolę bezpieczeństwa mając 2 godziny do odlotu. Wydałem ostatnie 6 euro na coś do jedzenia i czekałem na lot do Polski. Odlecieliśmy punktualnie. Lot mi się dłuzył bo byłem już zmęczony całym dniem podróży, a czekało mnie łącznie 13 godzin z Santiago do mieszkania. Po przylocie odebrałem bagaż i wsiadłem do busa, który zawiózł mnie pod Pałac Kultury skąd komunikacją miejską N44 dojechałem do mieszkania, dotarłem 45 minut po północy. Następnego dnia do pracy :)

Filmiki